Artur Rubinstein we wspomnieniach Artykuł pochodzi z "Magazynu muzycznego Selles klasyka - Artur Rubinstein".

"Najszczęśliwszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem, jest Artur Rubinstein"
Artur Rubinstein

"Gdyby nie był genialnym pianistą, na pewno zostałby wielkim aktorem. Był zapalonym gawędziarzem. Opowiadał jedną historię za drugą, pociągając brandy i trzymając w ręku ogromne hawajskie cygaro. Na złotej nalepce cygara widniał napis: <<Artur Rubinstein>>, były one bowiem robione specjalnie dla niego."
Maria K. Gordon-Smith

"... Jemu wszystko udawało się - ba! - samo szło w ręce, bez wysiłku, bowiem nie lubił wysilać się ani w życiu, ani także w muzyce."
Jerzy Waldorff

"Nigdy nie miał własnego domu. Utalentowane, samotne dziecko.. Kiedy miał osiem lat wysłano go do Berlina, gdzie psuły go różne ciotki. (...) Chciałam stworzyć mu dom, warunki do pracy. Całe życie o to dbałam, nawet gdy mieszkaliśmy w hotelu. I Artur to cenił."
Nelly Rubinstein

"Ojciec... był człowiekiem jak z innej planety. Mógł być naszym dziadkiem, był starszy od mamy o dwadzieścia dwa lata. Na dzieci, ludzi, świat patrzył jak człowiek urodzony w ubiegłym stuleciu. Nie było wtedy samochodów, samolotów, a ulice jego rodzinnej Łodzi pełne były błota i koni. Mam świetną fotografię ojca. Siedzi w ogródku kawiarnianym, na ulicy, w Marabelii w Hiszpanii, pije kawę i czyta gazetę, na którejwielkie tytuły krzyczą o astronautach na Księżycu. Łódzkie błoto i ludzie spacerujący po Księżycu! Dwa światy... Jako jeden z pierwszych podróżował samolotem, ale trudno go było przekonać, że jest inaczej niż wtedy, gdy on był młody."
Eva Rubinstein

"Nie mogłam powstrzymać się od patrzenia na jego dłonie. Były niemal kwadratowe, co najmniej dwa razy większe niż delikatne ręce Chopina (zachował się wszak odlew jego lewej ręki). Mały palec miał długość wskazującego, a środkowy był trochę dłuższy. Na małe palce miał nałożone kapturki z twardego wosku, najwidoczniej były wrażliwsze niż pozostałe."
Maria K. Gordon-Smith

"Obserwowanie życia tego szczęśliwego wirtuoza miało i dotąd ma dla mnie coś po prostu orzeźwiającego. Powszechnie podziwiany i wysławiany za talent, który igra jedynie z trudnościami, niespożyte zdrowie, piękne mieszkanie, pieniędzy ile zechce, zmysłowo - intelektualne zadowolenie z pięknych zbiorów - cennych obrazów i książek - wszystko składa się na to, aby uczynić go jednym z najszczęśliwszych ludzi, z jakimi się w życiu zetknąłem.
Opanował sześć języków - jeśli nie więcej. Dzięki swej żywej, światowej, najzabawniejszymi kopiami ludzkich charakterów przeplatanej rozmowie, błyszczy w salonach tak, jak błyszczy na wszystkich estradach muzycznych świata dzięki swemu niebywałemu talentowi. Nie zapiera się swego dobrobytu i z pewnością zna jego wartość. Ale charakterystyczną dla niego cechę zanotowałem sobie w chwili, kiedy nasz neutralny wzajemny szacunek dla "inności" przewijał się w dialogu. Pewnego razu, kiedy on ze swą żoną, Strawińskimi i jeszcze kilkoma osobami spędzali u nas wieczór, powiedziałem mu przy pożegnaniu: "Dear Mr. Rubinstein, jakże wysoko cenię sobie zaszczyt goszczenia Pana u nas". Roześmiał się głośno: "Czyżby? To będzie jedna z moich najlepszych anegdot"."
Tomasz Mann

"W naszym domu ważna była muzyka i "jakość" wszystkiego. Ojciec miał wysokie wymagania, nie znosił połowiczności. Uważał, że lepiej nic nie robić, niż byle jak."
Eva Rubinstein

"Rubinstein, jak większość wykonawców, nie jadał ani nie pijał przed koncertem. Natomiast miał nieomal niezmienny rytuał pokoncertowy. Musiał to być relaks w odpowiadającym mu towarzystwie, przy eleganckim stole z francuskim szampanem i wykwintnymi daniami (najchętniej kawiorem i homarem), a na zakończenie - rzecz oczywista - opowiadanie uciesznych historyjek."
Maria Szyfmanowa

"Pod koniec maja 1975 roku Rubinstein odwiedził Polskę. Samotnie przyleciał najpierw do Warszawy. Żwawo wyskoczył z samolotu i zbiegł po wyskoich stopniach, trzymając podręczną walizkę. Przywitał się z oficjałami i przyjaciółmi, po czym zaraz pojechał do Łodzi, gdzie obiecał brać udział w jubileuszu 60-lecia tamtejszej - rzec można - jego macierzystej Filharmonii. W Łodzi, otoczony reporterami z całego świata, najpierw szukał domu, w którym się urodził i znalazł przy Piotrkowskiej 78. Potem był na przedstawieniu "Operetki" Gombrowicza, bardzo mu się podobała, a nazajutrz dopiero jubileusz. Przed galowym występem nie ćwiczył. Wolał się stroić inaczej: spacerował, roztkliwiał się, gadał z wieloma dawnymi znajomymi, klął na polłe jedzenie ludowe, ale jadł, po czym wszedł na scenę Łódzkiego Teatru i siadł do próby z orkiestrą."
Jerzy Waldorff

Bibliografia:
1. "Artur Rubinstein" - praca zbiorowa, Łódź 1987
2. "O powstawaniu Doktora Fausta" Tomasz Mann - 1976
3. "Twój Styl" 1992 nr 4
4. "Ruch muzyczny" 1983

przygotowała Alina Czarnocka

 
Copyright (c) 2002-2007 by Tempus Fugit